paź 22 2014

O partnerstwie – czyli po co się tu spotkaliśmy?

partnerstwoCzasem jest tak, że aby spotkać inną osobę, tego wymarzonego, lub po prostu kogoś ‘lepszego’ dla siebie, po drodze trzeba doświadczyć jednego lub nawet kilku, kilkunastu innych związków. Niekiedy partner życiowy okazuje się idealny ale na jakiś czas, dajmy na to 5 nawet 10 lat albo tylko rok, a później pozornie przychodzi rozczarowanie. Dlaczego pozornie? Bo przeważnie otrzymujemy to co było nam potrzebne, żeby coś zrozumieć, zmienić się, pójść dalej, w końcu spotkać tego wymarzonego, który wcześniej nawet nie zwróciłby na nas uwagi – bo byliśmy jeszcze kimś innym bez tych konkretnych doświadczeń.
Ileż pań mówi, o gdybym mogła teraz wybrać, to na pewno bym nie wyszła za… I w pewnym sensie mają rację, gdyż teraz już nie są ta Anią, Kasią sprzed 15 lat. Ale czy to oznacza, że każdy związek jest skazany na zagładę, przecież wszyscy się zmieniamy z biegiem lat, zmienia się nasz charakter, upodobania i marzenia, cele… Czy to oznacza, że każdy związek, który po latach przechodzi kryzys powinien się rozpaść? Oczywiście, że nie. Choć czasem wydaje się, że to najlepsze rozwiązanie, wszystko zależy od okoliczności, od determinacji, od tego na ile obie strony i dlaczego chciałyby ewentualnie zawalczyć o wspólną przyszłość. Przeważnie nawet jeśli mamy dość, i wydaje się nam, że już nie widać szansy na porozumienia zawsze jednak się tli w nas gdzieś jakaś nadzieja na powrót. I może tu jest błąd, zamiast słowa powrót, powinnam użyć nowa relacja w starym związku. Rzadko kiedy jesteśmy skłonni przyznać, że to my jesteśmy winni lub że obie strony powinny pójść na kompromis. Skoro stare zasady współpracy już nie działają czas wypracować nowe. O związek trzeba dbać jak o delikatną roślinę. A zbiegiem lat wszystko powszednieje, i to co było fajne – jak np. przyniesienie śniadania do łóżka w weekend, teraz jest zbyteczne – bo przecież tyle się już znamy. Ludzie o ironio, zamiast z biegiem lat bardziej o siebie dbać, często popadają w rutynę, znudzenie, niedocenianie, a wręcz traktowanie drugiej osoby jak stary mebel w mieszkaniu. Ale gdy raptem się budzą po kilkunastu latach w momencie kryzysowym, na który się zbierało od dawna tylko uparcie zamykali oczy na wszelkie sygnały, raptem są w szoku – i niektórzy próbują za wszelka cenę ratować coś co jeszcze zostało, a inni po prostu stwierdzają, że nie mają siły bo przepaść jest już zbyt wielka. Tymczasem rzadko kto ma świadomość, że kolejny, nowy ten tzw. lepszy związek po pierwszym okresie fascynacji też będzie miał swoje konflikty, problemy i sprzeczki. Każdy jest jakiś – każdy ma swoje przyzwyczajenia, wady i zalety, nałogi, marzenia i słabości…Nie oszukujmy się, że ten następny na pewno będzie księciem z bajki, może owszem być kimś kto dla nas okaże się tym ciepłym przyjacielem, mężem, i współwędrowcem przez życie. Ale jeszcze nie spotkałam się ze związkiem, w którym takie rzeczy przychodzą bez pracy, poświęcenia i jeszcze raz pracy nad sobą i związkiem.

Dlaczego więc, mógłby ktoś zapytać, spotkałam najpierw mego pierwszego męża a obecny pojawił się w moim życiu tak późno, gdyby tak można było cofnąć czas… Otóż niestety tak to nie działa. Pierwszy mąż był, jakby się temu dobrze przyjrzeć, osobą która doprowadziła nas do tego punktu w czasie z takim a nie innym zestawem cech, przebytych doświadczeń, doznanych uczuć. 20 lat wstecz, pani np. Grażyna była kimś innym, kiedyś lubiła spotkania towarzyskie, wyjazdy służbowe i drażniły ją ludzkie słabości, obecnie męczą ją huczne imprezy, woli zacisze własnego domu i już wie co to znaczy nie być wstanie samemu sobie poradzić w trudnej sytuacji życiowej, już tak łatwo nie osądza, ma więcej cierpliwości i wyrozumiałości wobec wad innych. Pani Grażyna dopiero 20 lat później mogła spotkać pana Krzysztofa, który choć niegdyś by powiedziała mało zaradny życiowo i mało ciekawy, dziś był mądrym i pomocnym Krzyśkiem, który umiał spędzać z nią czas w domu. Razem znaleźli nawet miejsce i czas na dziecko w ich domu, o czym wcześniej nie mogło być mowy.

Czasem spotykamy kogoś wydawać by się mogło, kto wyrządził nam same zło i przysporzył cierpień, a nie zastanawiamy się czy te doświadczenia nie sprawiły, że teraz szanujemy siebie bardziej, że potrafimy rozpoznać swoje mocne strony, że już nie krzywimy się na widok samotnej małoletniej matki, albo po prostu lepiej traktujemy siebie albo innych ludzi. Znałam pewną panią w średnim wieku, która przez dobre 10 lat przerabiała związki z małoletnimi mężczyznami choć w środku bardzo pragnęła stałego partnerstwa, wciąż przyciągała niedojrzałych przelotnych partnerów. I sytuacja trwała tak długo aż kobieta nauczyła się angażować w związek bez uwłaczania własnej godności, z poszanowaniem siebie. Dopiero kiedy czara goryczy się przepełniła była wstanie spojrzeć uczciwie na swoje wybory, w których dominowała chęć bycia potrzebnym komuś za wszelka cenę z pominięciem szacunku dla własnej osoby. Dopiero w ostatnim związku szczyt sponiewierania osiągnął maksimum a obelgi młodszego partnera były tak dojmujące, że już nie mogła zaprzeczyć sama sobie. Pobyła można by powiedzieć sama ze sobą przez kolejne trzy lata, ale już kolejny partner był osobą gotową zaangażować się uczuciowo i przyszłościowo w tą relację.

Czasem jest tak, że spotykamy osobę na całe życie, ale w trakcie całego związku przerabiamy z tą osobą taki wachlarz doświadczeń, że wygląda to tak jakbyśmy byli w 15 związkach. Bywa też tak, że spotykamy kogoś w jednym konkretnym celu, żeby np. otrzymać tzw. przepustkę do jakiegoś świata, grupy, czasem żeby kogoś dosłownie uratować – wyciągnąć z bagna i spłacić jakiś dług. A czasem mamy wspólną misję, zadanie na to życie, np. dogadaliśmy się wcześniej, jeszcze tam na górze, że ty będziesz moimi łokciami, które utorują mi drogę wśród tłumu, moją tarczą a ja będę busolą, która nada kierunek naszej łodzi. On jest doskonały w kontaktach z ludźmi, w biznesie, i ma łatwość nawiązywania znajomości i rozmowy, ona jest doskonałym pisarzem, cudownym artystą, ale bez siły przebicia w świecie ale razem potrafią przenosić góry i działać cuda- i to takie, z których korzystają tysiące.

Na poziomie duchowym wszystkie te spotkania, połączenia, związki, mają swój wyższy cel i wyższe dobro – obopólne lub dużo szersze, emanujące, oddziałujące na innych. Nie zawsze udaje się wyciągnąć jakby wykorzystać do maksimum to co mogłoby powstać w wyniku tejże współpracy, ale zawsze jest taka opcja – i tu pojawia się pole do popisu dla nas. Nasza wola, wolna wola, chęci, determinacja, motywacja, poświęcenie, zrozumienie lekcji, wszystko ma znaczenie. Idealnie byłoby gdybyśmy wszyscy mieli świadomość nie przypadkowości naszych spotkań i związków, ale do tego jeszcze daleka droga. Póki co, na początek warto zacząć od spojrzenia na siebie z dystansem, odwagą i uczciwością – bo nie jest łatwo szczerze obejrzeć siebie i przyznać, że faktycznie ze mną też nie tak lekko się dogadać, żyć, funkcjonować na co dzień… Każdy oczekuje że mu się powie, że to ta druga osoba jest winna, że to on, ona powinna coś zmienić, ustąpić, a tymczasem rzadko jest tak, że karty pokazują tylko jedną barwę, jedną stronę medalu, zawsze jest też drugi koniec kija… Pomijam tu wywody karmiczne, związki karmiczne, itp., którymi za często można usprawiedliwiać takie a nie inne koleje losu. Związki patologiczne to też ciężki temat, ale tu cóż nieraz trzeba umieć powiedzieć wyraźnie – Dość! – ja też mam prawo do życia, moje dzieci mają prawo do radosnego dzieciństwa, a ja mam obowiązek im to zapewnić.

Tyle można by jeszcze pisać o związkach – to temat rzeka, wije się bez końca… Poprzez związki uczymy się najwięcej, bo to nasi najbliżsi są naszymi największymi lekcjami, nauczycielami i najważniejszymi aktorami na scenie tego ziemskiego życia w spektaklu, na który się zgodziliśmy.
Pozdrawiam serdecznie,
Magdalena

Brak komentarzy